Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 października 2010

Rozbite popołudnie

Wydany nakładem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie tomik poetycki p.t. „Pracowite popołudnie” jest debiutem Literackim Natalii Małek. Ta urodzona w 1988 roku studentka anglistyki i amerykanistyki na Uniwersytecie Warszawskim jest przedstawicielką najmłodszego pokolenia poetów, śmiało wchodzących na salony literackie. Większość odbiorców pierwszy raz zetknęła się z twórczością poetki w trakcie lektury „Solistek” – antologii współczesnej polskiej poezji kobiecej. Droga literacka Małek zaczęła się , więc nieco inaczej niż droga wielu innych twórców. Najpierw antologia – a dopiero później debiut.Jest to jednak znak naszych literackich czasów.
„Jestem pełnoletnia w każdym stanie Ameryki” tak zaczyna się wiersz Malek p.t. „Wszystkie stany”. Ten incipit odgrywa istotną rolę w odbiorze całego tomiku. Malek wskazuje w wielu tekstach na swoją dojrzałość, nie zapominając jednak o dopiero co skończonym dzieciństwie, które to raz za razem przypomina o sobie w małych rzeczach kształtujących dzień powszedni (jak zamiłowanie do lemoniady z miętą zasygnalizowane w wierszu: Czym można się wkupić).
Pełnoletnia Malek pija „ soki zbyt gęste do wódki”( [Gdy zjadłam koktajlowe pomidorki], sporo czyta ( Kundera, Feringhetti , Heaney] i lubi chodzić do kina na francuską Nową Falę ( Dzień na prowincji) . Wyłania się więc z tego opisu obraz osoby wykształconej a w najgorszym wypadku aspirującej do odgrywania roli inteligenta ( w tym przypadku inteligentki). W wizerunku tym jest jednak pewna rysa , spowodowana prawie infantylną formą niektórych wierszy. Rysa ta wskazuję też na główny problem tomiku: na jego kolosalną nierówność. Obok wierszy co najmniej dobrych takich jak choćby tytułowe „Pracowite popołudnia” mamy tu też wiele tekstów, które w moim odczuciu nie powinny tu się znaleźć ze względu albo to na swoją banalność( Munszijet Nasser- opis katastrofy w kairskich slumsach może być nawet i wzruszający tyle, że tekstów związanych z tragediami spotykającymi ludzkość były już miliony a ten nic nowego nie wnosi zarówno pod względem literackim jak i publicystycznym), albo na słabą formę poetycką ( Para- filia), albo na jedno i drugie(Tamte wiersze).
Warto się więc zastanowić gdzie jest problem? Bowiem zastanawiające jest to jakim cudem autorka posiadająca nieprzeciętne możliwości poetyckie „ dopuszcza się” w swoim debiutanckim tomiku utworów tak słabych i kontrastujących z resztą?
W mojej opinii problem nie leży do końca po stronie autorki, lecz tkwi on w kwestii redakcji ( w tym przypadku redaktorką wydania jest Kamila Pawluś). Nie jest to pierwszy i zapewne nie ostatni taki przypadek. Warto wspomnieć o wydanym niemalże w tym samym okresie tomiku Michaliny Janyszek- Kujawy, który rozbity niemiłosiernie przez redaktor wydania Bernadettę Darską ,broni się chyba jedynie tylko dzięki sporym możliwościom poetyckim autorki. Malek takiego szczęścia nie ma. W imię spójności dzieła i pewnego konceptu redaktorki zrezygnowano z części jej utworów nie pasujących do schematu (wspomniała o tym sama autorka na spotkaniu literackim w Olsztynie, którego to autor recenzji był uczestnikiem) i o ile nie jest to rzecz niezwykła to nieszczęściem Malek jest to, że w tym wypadku dokonano chyba jednak niezbyt trafnych wyborów.
Można jednak te wszystkie niedoskonałości zrzucić na karb debiutu autorki w świecie literacko- wydawniczym. Debiutu wskazującego momentami na spore możliwości poetyckie , ale patrząc przez pryzmat tomiku jako całości- co najwyżej przeciętnego. Wypada mieć nadzieję, że wraz z kolejnymi pozycjami w dorobku autorki będzie lepiej. Bo lepiej być zdecydowanie może.

Natalia Malek, Pracowite popołudnia, Staromiejski Dom Kultury, 2010

Krzysztof Kapinos

niedziela, 4 lipca 2010

Porozmawiajmy o obłędzie

Gdyby podjąć się zadania odszukania w polskiej literaturze książek a nawet mniejszych tworów literackich, których to tematyką jest szaleństwo (zarówno krótko jak i długotrwałe) nasza misja miałaby duże szanse zakończyć się fiaskiem. Z różnych względów jest to zagadnienie rzadko poruszane przez naszych rodzimych twórców i można by ją śmiało określić, jako „białą plamę” na mapie tematyki polskiej literatury.
I tak na początku 2010 roku ta „biała plama” stała się odrobinę mniejsza, odrobinę uboższa. Zmniejszyła się ona dzięki książce Daniela Odiji „Kronika umarłych”. „Kronika…” została wydana sumptem warszawskiego wydawnictwa W.A.B. w ramach serii wydawniczej „…archipelagi…” . Wcześniej w serii tej publikowano książki m. in. : Manueli Gretkowskiej, Wojciecha Kuczoka oraz Mariusza Sieniewicza. Obecność Odiji w tym gronie nie jest w żadnym wypadku przypadkowa. „Kronika umarłych” to szóste wydawnictwo w dorobku słupskiego pisarza. Zasłynął on w 2004 roku nominowaną do Nike powieścią „Tartak”.

Odija w swojej twórczości skupia się głównie na życiu marginesu, a akcja jego utworów dzieje się głównie w okolicach dobrze znanych autorowi- na Pomorzu. Tym razem zmienił on jednak warstwę opisywaną i obserwowaną. Główni bohaterowie „Kroniki …” to reprezentanci na ogół klasy średniej: dziennikarz, niespełniony artysta a nawet ksiądz. Główny tok akcji toczy się wokół postaci Mateusza niespełnionego muzyka , który po serii niepowodzeń wraca do swojego rodzinnego Kostynia (można to fikcyjne miasto bezproblemowo utożsamić z rodzinnym miastem Odiji- Słupskiem) z Warszawy. Mateusz to osobnik aspołeczny skłonny do urojeń i fobii. Zresztą każdy z bohaterów na swój sposób jest skażony psychicznie. Formy skażenia są różnorakie: od wątpliwości dotyczących swego powołania w wykonaniu księdza Jana po prawdziwą chorobę psychiczną Mateusza.

Najnowsza książka Odiji jest przesiąknięta „wewnętrznością” . Na pierwszy plan autor zdecydowanie wysuwa kwestie przeżyć duchowych bohaterów zostawiając poniekąd fabularność opisywanej przez siebie historii na dalszym planie. Forma jaką używa do osiągnięcia swojego celu jest całkiem ciekawa. Wiele scen zawartych w utworze ma wydźwięk wręcz groteskowy. Przykładem może być plaga szczuraków tj. nieco-szczurów, nieco-ludzi, które to zaatakowały szkołę , w której uczy jedna z bohaterek książki- Agata. Ogólnie można ulec złudzeniu, że „Kronika…” jest ulepiona z brudu: brudu psychiki, brudu życia, ale też brudu postaci- śmierdzących potem, ogorzałych przez wódkę albo naznaczonych przez krosty na ciele. Nieidealność postaci jest momentami wręcz absurdalna, ale być może dzięki temu stają się one nam bliższe. Są to postacie z naszego sąsiedztwa, osoby które znamy, ale nie chcemy być ich przyjaciółmi.

Mimo wszystko książka Odiji się nie broni. Jest ona wprawdzie napisana sprawnie( czuć bądź co bądź klasę dojrzałego prozaika), jednakże nie potrafi ona na dłużej przykuć uwagi czytelnika. Tak więc te 330 stron czasem czyta się tylko po, to aby zakończyć czytanie książki. Aby „zaliczyć” daną pozycję i odłożyć ją na półkę. Co sprawia , że mamy takie odczucia dotyczące książki? Paradoksalnie to, co można zaliczyć do plusów tego utworu, czyli postacie i język. Ciężko bowiem z pasją śledzić losy bohaterów, którzy są w najlepszym wypadku nam obojętni. Przez to, ze każda z postaci okraszona jest jakimś skrzywieniem, żadna z nich nie wzbudza w nas większej sympatii, co powoduję że ich losy nie bardzo fascynują. A co do języka… książka jak już wcześniej napisałem napisana jest sprawnie, ale sama sprawność prozatorska nie wystarczy aby utrzymać w przekonaniu czytelnika ,że czas, który poświęcił na przeczytanie, bądź co bądź nie najkrótszej książki, to nie czas stracony. „Kronika…” jest zbyt rozwlekła i spokojnie mogła być o co najmniej sto stron „lżejsza”. Poza tym zdarza się Odiji korzystać z prostych chwytów literackich co prowadzi do budowania zdań schematycznych i nic nie wnoszących.

„ Kronika umarłych” Daniela Odiji poprzez poruszenie tematyki szaleństwa , z pewnością wpisuję się w annały literatury polskiej, jako utwór nietypowy, a wręcz nowatorski. Niestety nie wpisuję się jako utwór więcej niż przeciętny. Ot, po prostu kolejny, sprawny twór stworzony przez dobrego prozaika.

Daniel Odija, „Kronika umarłych” , Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa, 2010

Krzysztof Kapinos

niedziela, 6 czerwca 2010

Taką naszywkę ma na plecach - recenzja Toksymii




„Trzeba zbierać doświadczenia, kolekcjonować je jak motyle”(fragment)


To ja w takim świecie żyję? Zaczęłam uważniej patrzeć na ludzi i ich zachowania. Śledzę ich gesty. Co jeżeli kogoś wkurwię nieświadomie? Albo gorzej! Co, jeżeli kogoś rozkocham w sobie lub ktoś przez mój urok osobisty i mą naiwność wpadnie w sidła niespełnienia, a przez to psychozy? Nie są to obsesyjne lęki i paranoje bez pokrycia. Takie myśli towarzyszą mi po lekturze Toksymii. Towarzyszą mi myśli toksyczne. Nie dotyczą one jednak powieści, a „jedynie” mnie, Ciebie i ich. Widzę toksyczność świata, ludzi, mediów, życia we współczesności, ale i toksyczność przeszłości. Przyszłość? Jej się po prostu boję.
Autorka Toksymii Małgorzata Rejmer to młoda i niesamowicie uzdolniona kobieta, której dojrzały język przywołuje skojarzenia takich znakomitych pisarek, jak np. Manuela Gretkowska (bezpośredniość języka) czy Anna Bolecka (jego jakość). Chociaż gdybym miała tworzyć metryczkę niniejszej powieści, wtedy w rubryce- płeć, napisałabym- męska. Dużo w niej siły, zmagań, walki, szarpaniny. A do tego wszechobecna jest miłość. Sarkazm? Niby nie, chociaż przez wszystkie części powieści przemawia ironia i gorzki cynizm. Wykolejeńcy losu. Taką naszywkę ma na plecach, każdy z bohaterów powieści. Wszyscy toksyczni w takich też związkach, uwikłaniach, zniewoleniach, układach. Młodzi i starzy. Trochę do siebie podobni, a zarazem zupełnie inni. Z różnych światów, a z tego samego miasta. Czytamy historię studentki Anny, która ucieka od prześladowań przez polskiego powstańca- Tadeusza. Śledzimy Adę, której nienawiść do ojca jest jednocześnie silnym uzależnieniem. Modlimy się o siłę dla Jana Niedzieli (jakie nazwisko, taka intencja), bo on siły potrzebuje. Poza wyżej wymienionymi są jeszcze: Lucyna i Longin. Kilku bohaterów. Kilka oddzielnych historii, które jak pasma włosów, łączą się w finale w jeden gruby warkocz.
Książka posiada dodatkową cechę, a są nią komiksowe rysunki autorstwa Macieja Sieńczyka. Osoby czytające „Lampę” niejednokrotnie zetknęły się już z ołówkiem pana Sieńczyka. Każda z narysowanych przez niego postaci to taki typowy Kowalski/-ska.
Tak więc Rejmer pod rękę z Sieńczykiem…tak, jest się czego bać!

Małgorzata Rejmer, Toksymia, Lampa 2009

Anna Kobiałko, rocznik ejti siks, studentka polo na UWM

sobota, 15 maja 2010

„Truman show” Sieniewicza

„Truman show” Sieniewicza

Mariusz Sieniewicz, Miasto Szklanych Słoni, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010


Jak wygląda raj? Jak podrzędna knajpa pachnąca alkoholem i haszyszem. Dodajmy do tego kilku ledwo trzymających się na nogach aniołów tańczących kankana (na czele z Archaniołem, zdrobniale nazywanym Archim), przerywanego fragmentami z repertuaru Joy Division albo Sex Pistols – i gotowe. Oczywiście, to wszystko pod nieobecność Boga, który (jak wiadomo) „wyjeżdża czasem z nieba”, by można było „odetchnąć, zapalić zioło, zrobić niejedno wino”.
Jak mogłaby wyglądać współczesna historia o Babie Jadze? Otóż Jadwiga (naczytawszy się artykułów o gender i queer), próbując wprowadzić trochę nowoczesności w „tradycyjne”, rodzinne życie, pada ofiarą niespełnionego męża-tyrana, który przy pomocy dzieci, Jasia i Małgosi, pali żonę w domowym piecu. Warto jeszcze przywołać obraz pomnika butelki octu i wizję piątkowych wieczorów spirytystycznych, w czasie których główny bohater, Jan, burmistrz zwany Cezarem i ksiądz próbują sprowadzić ducha Władysława Gomułki, używając do tego niemalże antycznego talerzyka PPS Społem.
Te i kilka innych opowieści można znaleźć w najnowszej książce Mariusza Sieniewicza Miasto Szklanych Słoni. Ale to nie wszystko, bo autor zaskakuje czytelnika bez mała na każdej stronie. Kiedy wydaje się, że już rozgryźliśmy pisarza, pojawia się scena burząca dotychczasowe teorie interpretacyjne. Musimy bowiem zmagać się z niczym nieograniczoną ludzką wyobraźnią, konfabulacją, dzięki której wszystko staje się możliwe. Problem pojawia się jednak wraz z próbą odpowiedzi na pytanie o istotę powieści.
Mamy miasto przypominające miejsce nierealne, położone z dala od cywilizacji, uniemożliwiające jakąkolwiek z niego ucieczkę. Zapomniane przez świat nowoczesny, istnieje tylko po to, by dawać ludziom namiastkę szczęścia w postaci szklanych słoni, baletnic i krasnali wytwarzanych w pobliskiej hucie. W niej następuje przemiana, tego co pospolite w źródło ekstazy. Bohaterami Sieniewicza są także mieszkańcy, którzy po latach pracy, utraciwszy sens działania, zjawiają się w szpitalu, gdzie są poddawani terapii leczenia wyobraźnią. Jej prekursor, okulista Jan Kwiecisty, przeprowadza zabiegi umożliwiające uwolnienie się od grzechu „domkniętej”, jednoznacznej rzeczywistości.
Nad tym światem unosi się duch Tęczowej Wieloródki, bogini nieskończoności, nieograniczonej widzialności (o której kilka lat wcześniej pisał Alessandro Baricco). To ona, posługując się lekarzami-prorokami, przywraca ludziom właściwy sposób postrzegania otoczenia. Daje wolność myślenia i mówienia, przywraca do życia zapomniane światy, pomaga uwierzyć, że wszystko jest możliwe (nawet gorący romans między osiemdziesięciolatkami). Do niej wznosi się modły, błagalne prośby o łaskę, o natchnienie do tworzenia własnych historii. Wieloródka zajmuje miejsce religii. Staje się Bogiem, ale Bogiem zdetronizowanym przez wizytatora. Pojawienie się obcego elementu i odkrycie prawdy o Mieście Szklanych Słoni zmienia je w antyutopię, zaś bohaterowie Sieniewicza, obserwując destrukcję miasta, usuwają się na margines, stają się odpadkami nowej rzeczywistości.
Czym zatem jest Miasto Szklanych Słoni? Inteligentną zabawą z czytelnikiem, w której (wysiliwszy się nieznacznie) może odnaleźć echa języka Mickiewicza, Wyspiańskiego, Gombrowicza okraszone współczesną mową i nawiązaniami biblijnymi. Można również czytać tę książkę po prostu jak bajkę, cieszyć się jej walorami stylistycznymi i humorem zatopionym w opowiadanych historiach. Można też pokusić się o tropienie w niej wątków feministycznych (za sprawą Cezarowej) i ironicznego opisu meandrów świata damsko-męskiego (w wydaniu amatorskiego, męskiego zespołu teatralnego). Można jednak dostrzec w niej wizję świata, za którym tęskni teraźniejszość- rzeczywistości wyrywającej się z pęt panujących trendów, tworzącej opowieść według własnych reguł, ustanawiającej wolność i spełnianie jednostki najwyższym dobrem. Przede wszystkim jest to wariacja na temat opowieści, rodzaju jaki może przyjąć (stąd alternatywny dziennik życia Jana) i jego znaczenia. Przecież każdy ma prawo do własnej historii. Istnienie każdego można, a raczej należałoby opowiedzieć, wierząc, że dopiero w słowie ukonstytuuje się świat.
Ksiązka o Mieście Szklanych Słoni kończy się pochodem Jana, Wieloródki, księdza i wielu innych wygnańców. Kwiecisty w końcu odnajduje utraconą Wieloródkę, by razem z nią tworzyć nową opowieść. Z każdym słowem powołuje do rzeczywistości lepszy świat, szukając drogi do swego raju utraconego. Warto wybrać się w te poszukiwania razem z bohaterami Sieniewicza. Kto wie, może i my coś znajdziemy.

Wioletta Pawluczuk - studentka studiów doktoranckich na Wydziale Humanistycznym UWM.